Wszystkie pozy zajęte

Prasowi felietoniści często ozdabiają rubryki widokówką swojej twarzy wielkości pocztowego znaczka. By czytelnikom było do nich bliżej i dla rozpoznawalności. Fotografia portretowa skraca dystans międzyludzki. Przez lata nie było takiego zwyczaju, albo idąc na łatwiznę wstawiano w rubrykę stare fotografie legitymacyjne z domowych szuflad. Jaki to rodzaj fotografii wiedzą wszyscy. Prawie każdy ma przynajmniej jedno zdjęcie do dokumentu, na którym bardzo się sobie nie podoba. Model tkwi na nim drętwy, bo poza kadrem naciskało spust aparatu beztalencie fotografa.

Pisuję felietony, czemu nie zaprezentować się podobnie. Jak wiec to zrobili inni? Zajrzałem m.in. na kolumny felietonowe “Polityki”. To, w całości, w miarę bezstronne pismo mające dobrych autorów, także z poczuciem humoru. Im jestem starszy tym bardziej wolę zależność od spraw i zjawisk, a nie np. partii. Byłem kiedyś na pasku, ale dawno temu się zerwałem i w okolicach budy ujadam i wymachuję ogonem samodzielnie.

Przejrzenie rubryk felietonowych tygodnika daje mi wrażenie, że zdjęciowe twarze autorów otaczają konstrukcje palców, dłoni rozwartych oraz zaciśniętych pięści. Są one wiele mówiące, choć pewnie inaczej niż chcieliby fotografowani i fotograf. Na przykład Ludwika Stommę ze zbolałą twarzą, który ma dłoń przyklejoną do policzka, mogą boleć zęby. Wspierający głowę na obu dłoniach Stanisław Tym w zdziwionym uśmiechu, pomimo wieloletniej praktyki stwierdzania, nie może wyjść ze zdziwienia, że ten świat jest taki dziwny. Mój drugi ulubiony humorysta Sławomir Mizerski podpiera się od dołu prawą pięścią z wysuniętym kciukiem zasłaniającym środek ust. Gdyby to był inny palec, to zrozumiałbym, że chce powiedzieć: Cicho...sza. A tak, bo kciuk znaczniejszy od innych... to może to przerwa pomiędzy zębami?

Mistrzowsko sportretowany jest Daniel Passent. Też ma twarz opartą o pięść ale z wysuniętym palcem wskazującym przyciśniętym do twarzy i postawionym na baczność, który jest jako organ z niecielesnego tworzywa. Jest bowiem tak sztywny i wyprężony jak pruski feldfebel, a zwyczajnemu mężczyźnie tak ten palec nie stoi. Ten może nawet grozi felietoniście wybiciem oka.

W sumie widać, że zrobienie fotograficznej wizytówki wcale nie jest łatwiejsze niż napisanie felietonu. Na razie zrezygnuję ze zdjęcia, bo nie znalazłem właściwej podpowiedzi. Wiele póz na felietonowych kolumnach innych czasopism też jest zajętych, nie umiem wymyślić nowych, a Napoleona nie będę udawał. Na ogół nie zapinam górnych części strojów, więc nie miałbym gdzie wsuwać dłoni za pazuchę. Zresztą coraz częściej guziki zastępują zamki błyskawiczne i rzepy. Pazucha nie wpisuje się w nurt współczesnych trendów, bo jest tak absurdalna jak iPad na przyzbie.

Co ja tu robię?

Powinienem wyciągnąć dłoń z wizytówką. Ale ten tekst takim bilecikiem nie jest. To nie jest informacja teleadresowa w pigułce, a całkiem spore i trochę niezwykłe CV. Jest co poczytać. Łamie także zwyczaje publicystyki internetowej, która jako córka obłudnego moralnie tabloidu, dla podtrzymania swojej wielkiej społecznej wartości powinna składać się z kolorowych obrazków i tytułów. Za dużo liter szkodzi jej inteligencji.

Kilka słów o blogu. Uwaga organizacyjna Drodzy Koledzy, oraz oczywiście Koleżanki, jest taka, że będą w nim felietony, opowiadania, wiersze - będzie o fotografii, literaturze i innej twórczości, fajnych miejscach dla turystyki i rozrywki, czasem polityce, muzyce, sportach, o zdarzeniach, sposobach na zły humor lub miażdżycę. Znajdą się ogólniejsze refleksje z Zaścianka i ze Wszechświata, w wersjach mono i stereo oraz w realu i w tej naczelnej komputerowo - wirtualnej, co do dwóch nawet policzyć nie umie, bo zero-jedynkowa jest jedynie. Itd. Z czasem. Czyli tematy pobudzające moje pióro, choć dzisiaj to już raczej klawiaturę. Widzę właśnie jak podniecona drga w gotowości do akcji.

Na początku np. o mojej nowej stronie internetowej dostępnej pod adresem: www.aspop.com.pl. Opowiedzieć jej treść, to nie to samo co obejrzeć - zapraszam, to tylko kliknięcie. Strona ma profil artystyczny, jest o sztuce moimi oczami. Jestem dziennikarzem i to zajmującym się tematami specjalistycznymi, ale próbuję od czasu do czasu smakować fotografii i od kilku lat poezji. Trochę tak, jak mistrz Ryszard Kapuściński, po którym mnie i uczelnianej braci z naszego roku z Instytutu Dziennikarstwa UW został na pamiątkę jego wpis w indeksie. Dostałem piątkę, ale bardziej za aktorstwo niż wiedzę.

Co ja jako aktor robię w tej sztuce? Mój osobisty „pociąg” do sztuki ruszył dawno. Parowóz drgnął, zasapał, komin wypluł pierwsze zdjęcia i wiersze. Potem koła wściekle zabuksowały i znieruchomiały. Dużo wody przepłynęło w Wiśle nim powstał mój pierwszy fotowiersz, połączenie literatury z fotografią. Forma artystycznego przekazu, jeśli nie nowa - nie upieram przy nowości; to chociaż wyjątkowa.

Życie zasiewało mnie pasją twórczą nie szkolnie, nie muzealnie, nawet nie hobbystycznie. Nie wyniosłem jej chyłkiem z domu, choć w mamie była iskra zdolnej plastycznie chałupniczki, ojciec zapisał zeszyt liryków w stylu Leopolda Staffa, a dziadek podobno sam nauczył się grać na skrzypcach i akordeonie, co wymaga słuchu absolutnego. We mnie twórczość kiełkowała powoli. Miałem tyle innej pracy. Byłem np. totalnym leniem i dwójarzem porzucającym kolejne szkoły. Ale pochłaniałem - to fakt - książki w liczbach godnych działów bibliotecznych. Byłem żarłocznym termitem myśli na celulozie. Bez żadnego specjalistycznego treningu umiałem wtedy czytać „fotograficznie” - od jednego spojrzenia treści niedużych akapitów. Rozwiązanie prostego równania przerastało moje możliwości, ale dyskutowałem np. o świecie jako „globalnej wiosce”.

Wpływ na mnie miał też warszawski wiatr. Np. gdy na Trakcie Królewskim, zwykle na wysokości pomnika Mickiewicza, który pion trzymał z godnością, zaczepiali mnie wyginający się pod wichurą Himilsbach z Maklakiewiczem. „Młody dorzuć się do flaszki...” - zostało mi w pamięci. Już wtedy przyjęto mnie do kółka zapalonych artystów. Kilka razy przeżywaliśmy wspólnie degustację sztuki. To były zajęcia praktyczne, szkodzące niestety pamięci.

Skąd u mnie zdolność tworzenia rymów, ujawniona wcześnie, a skonsumowana późno? Niewielu jest poetów debiutujących po pięćdziesiątce. Jeszcze jako nastolatek byłem uczniem w dziale fotografii w drukarni „Życia Warszawy”. Kiedyś przyszedł do nas Jan Gerhard (prawdziwe nazwisko Wiktor Lew Bardach), postać wówczas popularna i dla wielu kontrowersyjna - pisarz, dziennikarz, pułkownik Ludowego Wojska Polskiego podobno jakoś zamieszany w okoliczności śmierci generała Świerczewskiego (autor „Łun w Bieszczadach”, na podstawie jego książki powstał film „Ogniomistrz Kaleń”), redaktor naczelny tygodnika „Forum”, dobry gawędziarz. Pamiętam trochę tę, którą nam wtedy opowiedział, o dyplomatycznej gafie kupra księcia Konstantego, carskiego brata - czyli o tym co wynikło ze zwyczaju stawania tyłem do płonącego kominka (Jana Gerharda podobno w niejasnych okolicznościach miał zasztyletować narzeczony jego córki, za to powieszony). Ale wtedy przyniósł ze sobą brulion rękopisu „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima dla reprodukcji kilku kartek. Była to sobota - wolnych sobót jeszcze nie było - i z jakiegoś technicznego powodu zdjęć nie wykonano, a zeszyt został do poniedziałku przechowany w stanie zabezpieczonym. Tak się wszystkim wydawało... bo miałem go przez dwie noce pod swoją poduszką. Więc może była jakaś siła wpływu zasiewająca rymy w mojej głowie.

Piętro nad moim pokojem w rodzinnym mieszkaniu na warszawskim Rynku Nowego Miasta żył Włodzimierz Boruński. Przeraźliwie chudy z garbatym nosem, w szarym popelinowym płaszczu, starym jakby należał jeszcze do jakiegoś Żyda wiecznego tułacza. Podobnie mdlącej szarości nigdy potem nie widziałem. Mijaliśmy się w drzwiach wejściowych kamieniczki, przy skrzynce na listy, czasem prosił o drobną pomoc. Spał na książkach, skrzynia tapczanu była nimi zapchana. Gdy umarł w 1988 r., dowiedziałem się jaką znakomitość miałem nad głową; to że czasem występował w filmach, wiedziałem. Nie byłem kinomanem i do dzisiaj nie jestem. Sąsiada można nazwać „etatowym” Żydem polskiego filmu – „Ziemia obiecana”, „Polskie drogi” i inne role charakterystyczne. Kolega przypomniał mi „Zadrość i medycynę” w której występowali również Andrzej Łapicki, Ewa Krzyżewska i Mariusz Dmochowski. Sąsiad był także autorem satyr i wierszy. Podobno dawaliśmy mu jako wrzeszczące dziko dzieciaki powód do obrony satyrą. A ja byłem specjalistą od chaosu, dzieckiem z piekła rodem. Cóż...Włodzimierz Boruński to był brat stryjeczny Juliana Tuwima. Jego rzadko odwiedzany grób jest na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.

Byłem uczniem Marka Holzmana, artysty fotografika, jednego ze znaczniejszych fotoreporterów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Za krótko, bo rozbrykany byłem nie do opanowania i bez pomysłu na siebie. Na własne życzenie zostawiłem za sobą rozczarowanie. Pan Marek, dokumentalista i portrecista najlepszego wtedy w polskiej fotografii miesięcznika „Polska”, zabierał mnie do pomocy przy swoich zadaniach. Przed otwarciem wystawy matejkowskiej w Muzeum Narodowym, w którym z tej okazji robił fotoreportaż, omal nie rozdeptałem - cofając się z podniesionymi lampami, jeszcze biurkowymi na żarówki - słynny obraz „Stańczyka”. Płótna przed zawieszeniem leżały wzdłuż ścian odwrócone malowidłami do podłogi. Na szczęście poczułem pod butem elastyczne podłoże.

Sztuka próbowała mnie kokietować. Kiedyś w tejże roli pomocnika fotografa siedziałem w wygodnym fotelu u znanego rzeźbiarza. Lubił w nim siedzieć reżyser Andrzej Munk. Z moim nauczycielem byłem przed kolejną robotą na kawie w Teatrze Narodowym u dyrektora Adama Hanuszkiewicza, w jego gabinecie, trochę - tak mi ten obraz miga w pamięci - jak ze scenografii teatralnej. Epizodów było więcej. Dla ledwie dwudziestolatka były to mocne akcenty.

Zapłodnionych twórczością ziaren padło nieco w glebę. Nic z nich nie wyrosło. Buntowniczo zmieniłem kierunek zainteresowań. Brałem karkołomne życiowe zakręty. Dla bagażu pisarskich doświadczeń to może lepiej. Życie też solidnie młóciło mnie w różnych rolach, zanim zrozumiałem, że mogę pokazać coś własnego. Więc trochę się śpieszę, bo wszystko mija. Nie każdy ma szczęście trafić na muzealną półkę tylko dlatego, że istniał - jak mamuty - na przykład.